2/ Człowiek

                Każdy święty to przede wszystkim człowiek. Bóg, budując na naturze ludzkiej, wyposaża ją w różne dary. W człowieku łączą się wtedy różne przymioty, które czasem wydają się wzajemnie wykluczać. Jednak po bliższym przyjrzeniu się dostrzegamy, że uzupełniają się, a nawet  współgrają ze sobą.
                Sługa Boża Matka Róża Godecka, współzałożycielka Sióstr Honoratek, o spotkaniu z Honoratem napisała: „Pierwsze wrażenie jakie na mnie zrobił swoją powagą pełną prostoty, dobroci i pokory pozostało niezatartym do dzisiaj. Pomyślałam sobie, że: „to jest Święty”, jeszcze takiego kapłana w życiu swoim nie spotkałam”.
                Swoją dobrocią zjednywał sobie ludzi. Swoją prostotą i pokorą sprawiał, że nikt nie czuł przed nim lęku. Jednak był człowiekiem bardzo wymagającym, szczególnie od siebie, skupionym i pełnym świętego dystansu – to rodziło szacunek wobec niego.
                 Br. Paweł Litwiński zauważył, że „O. Honorat był bardzo miły w obejściu i łagodnego usposobienia ze wszystkimi, pokorny i cierpliwy w znoszeniu wszelkich przykrości, lecz gdy chodziło o większą chwałę Bożą, był mężny i stanowczy jak w słowach, tak i w pismach swoich”.
                Potrafił docenić prace i wysiłki innych ludzi. Czynił to jednak bardzo powściągliwie i oszczędnie, dopatrując się jedynie chwały Bożej. S. Salezja Szymonowicz, honoratka opisała wydarzenie, podczas którego mogła osobiście zobaczyć Honorata – skupionego i bardzo powściągliwego zakonnika: „Kiedy na Wielki Piątek Matka Aniela ubrała piękny grób, a myśmy z s. Imeldą pomagały, podobno tak był piękny, że ojcowie poprosili O. Honorata, by zobaczył, a on nie odmówił, ale dopiero wieczorem po zamknięciu klasztoru. Prosiłyśmy O. Gwardiana, by nam pozwolił zostać i ukryć się za ławkami, by choć raz zobaczyć Tego Sługę Bożego, który ostatnie lata spędza za klauzurą na modlitwie i pracy dla dobra Zgromadzenia, pisząc dzieła religijne, których w Polsce był brak, ku większej chwale Bożej, na co otrzymałyśmy pozwolenie. Kiedy grób oświetlono, w towarzystwie dwóch Ojców szedł w stronę Grobu Ojciec Honorat z rękami wsuniętymi w rękawy, głową pochyloną, kiedy się zatrzymał przed Grobem, podniósł głową i wzrokiem pełnym skupienia zatrzymał się chwilkę, pokłonił się głęboko i zrobił zwrot. Myśmy spod ławek doskonale mogły obserwować to też wszystkie trzy mogłyśmy to samo spostrzec, że tylko ludzie nie z tej ziemi mogą mieć taką postawę skupioną, która pozostała w mojej pamięci na zawsze”.
                Honorata postrzegano jako poważnego człowieka, który nie pozwalał sobie na najmniejsze nawet żarty: „Ojciec Honorat odznaczał się cnotą prostoty, w rozmowie był szczery, fałszem i kłamstwem się brzydził. Ojcowie i bracia mówili, którzy razem żyli w jednym klasztorze, iż nie słyszeli nigdy, żeby nawet w żartach słowo kłamliwe wymówił, przede wszystkim, że Ojciec nigdy nie żartował”.
                Honorat był bardzo konkretnym człowiekiem. Dawał temu wyraz, kiedy ktoś przychodził do niego po radę. Z jednej strony, cierpliwie słuchał, z drugiej, nie przeciągał niepotrzebnie spotkania. O jednym z takich wydarzeń wspomniał br. Paweł Litwiński: „Kiedy bywałem u Ojca w sprawach Zgromadzenia chętnie słuchał i udzielał rady, lecz gdy zauważył, że rozmowa odchyla się od rzeczy, rozpoczynał pisanie, dając znać, że sprawa załatwiona”.
                Honorat łączył w sobie niesamowitą troskę o każdego człowieka z niechęcią do przypodobywania się komukolwiek. Z jednej strony dbał o dobre imię innych ludzi, co potwierdził br. Paweł Litwiński, który bywając w celi Honorata nigdy nie słyszał, by ten wyrażał się o kimś źle, mimo doznawanych przykrości. Z drugiej strony nie zależało mu na opinii innych, chociaż nie było w tym nawet cienia lekceważenia. Br. Stanisław Szczech ze Zgromadzenia Sług Maryi Niepokalanej postrzegał Honorata jako człowieka, który „nie dbał o względy ludzkie, nie starał się przypodobać nikomu, a tylko Bogu samemu, przeto te mniemania ludzkie o jego świątobliwym życiu były jedynie oparte na jego cnotach i łaskach, jakich mu Pan Bóg nie skąpił”.
                O. Honorat potrafił jednak okazywał swoje uczucia, pokazując się jako człowiek wrażliwy i spontaniczny. „Był wdzięczny tym, którzy mu jakąś przysługę uczynili i zawsze przesyłał swoim dobrodziejom podziękowanie przy pierwszej okazji jaka mu się nastręczyła”.
                Dawał wyrazy swojej wdzięczności nie tylko przesyłając słowa podziękowań, czasem czynił to w sposób dość niespodziewany i niekonwencjonalny, jak na umartwionego zakonnika. „W roku 1913 powtórnie była w Nowym Mieście by przeprowadzić kurs kroju i szycia z młodymi siostrami. Przewielebny Ojciec Honorat w tym czasie czuł się źle ze zdrowiem. Jeden z braci ukrytego życia, Br. Tomasz pielęgnował Ojca, który już nie mógł sam prać, jak było w zwyczaju u OO. Kapucynów. Pewnego razu P. Tomasz przyniósł tunikę z grubego lnianego płótna, by zmniejszyć pasek bardzo poszarpany w strzępy, zdziwiona pytam czemu tak pasek poszarpany, kiedy tunika zupełnie dobra, otrzymałam odpowiedź: Ojciec nasz nosi pas z haczykami żelaznymi i wiele umartwień praktykuje, tylko proszę, żeby się Ojciec nie dowiedział, że ja tu przyniosłem, bo to ja miałem zrobić, ale nie umiem. W parę dni ten sam Br. Tomasz przyniósł paczuszkę z rozebraną z cząstki pomarańczą posypaną cukrem, zaadresowaną do mnie, zdziwiona pytam co to znaczy – i otrzymuję odpowiedź – od Ojca Honorata, a ja odstałem burę, bo nie chciałem się przyznać, że to nie ja zrobiłem, ale w końcu musiałem się przyznać i dlatego przynoszę tę paczuszkę siostrze, którą jakaś pani przyniosła Ojcu”. Tak wspominała wdzięczność Honorata s. Salezja Szymonowicz.
                Dobrodziejom Zakonu umiał okazywał uprzejmą wdzięczność. Pewnego razu, gdy wstąpiłem do niego jako zegarmistrze, aby zobaczyć jak mu tam budzik funkcjonuje, a on mnie serdecznie przywitał i mówi: „Jutro za pana odprawię Mszę św.”, ja zacząłem się wymawiać, że nie trzeba, bo nie żądam zapłaty, a on: „ale pan jest naszym dobrodziejem” – wspominał br. Adam Kalata, sługa Maryi Niepokalanej.
                Honorat jednak, jakby wbrew wizerunkowi poważnego i skupionego zakonnika, umiał okazywać radość, a nawet wesołość. O. Anioł Dąbrowski, kapucyn, wspominał swoje spotkanie ze swoim starszym współbratem, który przyjmował go do Zakonu: „O. Honorat zawsze zasługiwał na to, aby Go kochano i szanowano. Ja jako nowicjusz uważałem Go za świętego, który swoim wzrokiem przenikał duszę moją i innych. Do Zakonu przyjmował mnie sam O. Honorat. Wypytywał się mnie o najmniejsze szczegóły z życia mojego. Więc odpowiadałem Mu szczerze jak na spowiedzi, bo myślałem uparcie, że ten święty Zakonnik wie dobrze i zna tajniki mojej duszy. Więc opowiadam jak żyłem wśród młodzieży, jak kierowałem młodzieżą jako prezes młodzieży w Warszawie, jak organizowałem rozrywki i zabawy. Wtedy O. Honorat pyta czy umiem tańcować? Powiedziałem, że niestety tylko polkę w prawą stronę, a walca ani rusz nauczyć się nie mogłem. Wtedy O. Honorat ogromnie się uśmiał i tym bardziej mnie pokochał za szczere opowiadanie. A ja w duchu nieco się zgorszyłem z O. Honorata, bo myślałem, że święci zakonnicy to się nigdy nie śmieją”.
 
W: W szkole świętości Błogosławionego Honorata, red. T. Płonka OFMCap, Sandomierz-Zakroczym 2008.