Nakłoniłem moje serce na głos Jego...

Posłowie polskiego Sejmu zdecydowali, że rok 2017 będzie przebiegał pod patronatem rzeki Wisły, Josepha Conrada-Korzeniowskiego, marszałka Józefa Piłsudskiego, Tadeusza Kościuszki, św. Adama Chmielowskiego oraz bł. Honorata Koźmińskiego. Dlaczego zwrócono uwagę na tego ostatniego - zakonnika żyjącego na przełomie XIX i XX w.?

Dziennik Urzędowy Rzeczypospolitej Polskiej "Monitor Polski" z 8 lipca 2016 r. donosi, że postanowiono uczcić przypadającą w 2016 r. setną rocznicę śmierci bł. Honorata Koźmińskiego, kapucyna, który "całym swoim życiem dowiódł, że wartości, którymi się kierował, i działania, jakie podejmował, służyć miały drugiemu człowiekowi, a zwłaszcza temu najbiedniejszemu, najbardziej potrzebującemu, jego rozwojowi duchowemu i społecznemu. Rozwojowi tak istotnemu - zwłaszcza w trudnych latach niewoli narodowej - i niezbędnemu dla podtrzymania polskiej wspólnoty narodowej za wszelką cenę - zarówno w sferze duchowej, jak i materialnej.

Od bluźniercy do zakonnika

Wacław Koźmiński urodził się w 1829 r. Miał szczęśliwe i dostatnie dzieciństwo. Matka, Aleksandra, prowadziła dom i dbała o wychowanie dzieci, ojciec, Stefan, był nadzorcą budowlanym. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Białej Podlaskiej młody Koźmiński podjął naukę w gimnazjum w Płocku. Zamieszkał na stancji. W tym czasie w Królestwie Polskim działało wiele kółek samokształceniowych. Gromadziły dużą liczbę gimnazjalistów. W czasie spotkań młodzież poznawała zakazaną literaturę, czytała także dzieła wolnomularzy, ateistów. Młodzi ludzie szybko przyjmowali nowy światopogląd. Również Wacław poddał się jego wpływowi. Gdy wchodził do kościoła, to po to, by, jak sam po latach powie, bliźnić Bogu. - Jeśli się nawrócę, naplujcie mi w oczy! - krzyczał.

Czas buntu Wacława zbiegł się z rozpoczęciem studiów na wydziale architektury w Warszawie oraz śmiercią jego ukochanego ojca.

W kwietniu 1846 r. Koźmiński został aresztowany. Dlaczego go aresztowano, właściwie nie wiadomo. - To był wyjątkowy człowiek, wyjątkowa też musiała być jego droga - opowiada s. Wanda Chodkowska, przełożona licheńskiego domu Sióstr Najświętszego Imienia Jezus. - Czasy były ciężkie, łatwo było trafić do więzienia. Został osadzony w Cytadeli w Warszawie. W ciężkich warunkach, w małej celi. Tam zachorował, miał wysoką gorączkę. I właśnie więzienie stało się dla niego miejscem nawrócenia - kontynuuje.

Jedenaście miesięcy spędzonych w Cytadeli to przełomowy okres w życiu Wacława. Aresztowanie oznaczało wyrok śmierci, w najlepszym przypadku dożywocie lub zsyłkę w głąb Rosji. Wiele lat później tak opisał swój stan w czasie uwięzienia: [...] bluźniłem przeciw Bogu i w tym bluźnierstwie straciłem rozum, wpadłem w obłąkanie i trzy tygodnie w przeraźliwych krzykach dzień i noc zostawałem. Po trzech tygodniach wyprowadzono Wacława ze stanu gorączki.

Nadszedł 15 sierpnia 1846 r. Tego dnia Koźmiński doznał tajemniczej wizji. Wiele lat później napisał, że Jezus przyszedł do jego celi i przyprowadził go do wiary. Kilka miesięcy po tym przełomowym zdarzeniu Wacław opuścił więzienie. Zaczął nowe życie, wrócił na studia, prowadził bardzo spartański tryb życia. Po jednej ze spowiedzi w warszawskim klasztorze kapucynów odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego. Po przemyśleniach i wewnętrznych zmaganiach został jednym z braci kapucynów i przybrał imię Honorat.

W zakonie dużo pracował, oddał się bez reszty duszpasterstwu. Po upadku powstania styczniowego w 1863 r. warszawska siedziba kapucynów została skasowana. Razem ze współbraćmi przewieziono o. Honorata do klasztoru w Zakroczymiu. Podejrzany o działalność wywrotową, był śledzony i pilnowany przez carską policję. Miał również zakaz opuszczania domu zakonnego. Miejscem jego działalności duszpasterskiej stał się wtedy specjalny konfesjonał, do którego penitenci wchodzili jak do szafy, by móc pozostawać sam na sam ze spowiednikiem. Tak też zrodził się jego przydomek - więzień konfesjonału.

Wśród osób, które spowiadał o. Honorat, były takie, które chciały wstąpić do klasztoru. Jednak z powodu kasaty wielu domów zakonnych przez carskie władze i zakazu przyjmowania nowych kandydatów, do tych, które pozostały, zalecał im praktykę życia zakonnego we własnym środowisku bez habitu. Wtedy także, w konfesjonale, poznał Franciszkę Marię Witkowską.

Marylka, matka sióstr Imienia Jezus

- Była bardzo wrażliwą, religijną, młodą kobietą. Najpierw wstąpiła do sercanek. Jednak za namową Koźmińskiego opuściła ten zakon i założyła nowy: Sióstr Najświętszego Imienia Jezus pod opieką Najświętszej Maryi Panny Wspomożenia Wiernych. Był to zakon bezhabitowy. Sama przygotowała ustawy i dokumentację potrzebną do zatwierdzenia zgromadzenia przez Watykan i w kwietniu 1894 roku udała się do Rzymu. Niestety, ciężka choroba płuc uniemożliwiła jej wzięcie udziału w umówionym spotkaniu z papieżem. Zdołała jedynie uzyskać pozwolenie na otwarcie kaplicy w domu sióstr - opowiada siostra Wanda.

Maria urodziła się 19 stycznia 1866 r., w dniu, w którym wówczas wspominano Najświętsze Imię Jezus (kult Imienia Jezus rozpowszechnili w XIV w. franciszkanie). Chciała więc, by pojawiło się w nazwie nowego zgromadzenia. Obecnie wspomnienie Imienia Jezus w liturgii obchodzone jest 3 stycznia, właśnie jako święto patronalne Sióstr Najświętszego Imienia Jezus.

Siostry Imienia Jezus początkowo prowadziły apostolską działalność wśród rękodzielniczek, zakładały szkoły, szwalnie, i przez pracę, wspólne rozmowy, świadectwo zmierzały do religijnego i moralnego odrodzenia tej grupy społecznej. Zgodnie z ich charyzmatem uczyły zawodu i przygotowywały do życia. Zakonnice prowadziły tak ukryte życie, że czasami nawet ich rodzice nie widzieli, dokąd chodzą.

- Nie nosimy habitu. Zdarza się, że ludzie mówią do nas "proszę pani", nie poprawiam ich wtedy. Nie jest ważne, jak się do nas zwracają, ale co wyniosą ze spotkania z nami. Bez habitu jest pewnie trudniej, ludzie nie wiedząc z kim rozmawiają, często mówią takie rzeczy, których raczej nie powiedzieliby, widząc strój zakonny. Tutaj jest nasza rola, nawet w zwykłych sytuacjach życia codziennego, stawać i dawać świadectwo. To czasami wymaga dużej odwagi - zauważa siostra przełożona.

Siostry Imienia Jezus prowadzą dom opieki dla dzieci niepełnosprawnych, internat dla dziewcząt, opiekują się ludźmi starszymi, chorymi, posługują w szpitalach, ośrodkach zdrowia. Podejmują także pracę w charakterze zakrystianek, organistek oraz prowadzą gospodarstwa domowe na plebaniach. Ponadto zgromadzenie zawiaduje katolicką szkołą podstawową i gimnazjum w Warszawie oraz przedszkolami w Warszawie i Poznaniu. Ma również placówki zagraniczne w Namibii (placówka misyjna), Wielkiej Brytanii, Kanadzie oraz na Litwie.

Siostra Wanda tak wspomina wybraną drogę życiową: - Na początku chciałam wstąpić do sercanek. Były w mojej miejscowości, tam pracowały, spodobało mi się ich życie, ale zlikwidowano ich placówkę. Zaczęłam wtedy chodzić na kurs szycia do Sióstr Imienia Jezus - u nas mówiło się, że chodzę do "pań". Zdecydowałam, że wstąpię do tego zgromadzenia i w 1966 r. zrobiłam to. Do Lichenia zostałam skierowana już cztery razy, w sumie pracuję tu już 10 lat. Teraz trzeci rok jestem tu przełożoną.

Siostry Imienia Jezus pracują w Sanktuarium w Licheniu od 64 lat. Jednak współpraca z księżmi marianami zaczęła się wcześniej, jeszcze w innych ośrodkach, a ponieważ układała się dobrze, księża zwrócili się właśnie do Sióstr Imienia Jezus, gdy w licheńskim Sanktuarium potrzebna była pomoc. Początkowo pracowały jako katechetki, zakrystianki, w kuchni, w kancelarii, oprowadzały pielgrzymów. Teraz jest ich w Licheniu siedem, pięć z nich pracuje w kancelarii dla pielgrzymów.

- Lubię swoją pracę - podkreśla s. Wanda. - Mam kontakt z ludźmi, nie tylko z tymi, którzy do kancelarii przychodzą, ale i telefoniczny. Są takie osoby, które dzwonią wielokrotnie, poznaję je już po głosie,k opowiadają o swoich problemach, proszę o radę, o modlitwę. Często odbierając telefon, słyszę pytanie: "Rozmawiam z osobą świecką czy siostrą zakonną?". Jeśli słyszą, że z siostrą, to mają większe zaufanie, większą śmiałość - zauważa.

Dzień u sióstr wygląda podobnie jak w innych zgromadzeniach. Wstają o 5.45, na poranne modlitwy, później Msza Święta, śniadanie, praca, modlitwy południowe, obiad, praca, czas wolny, modlitwy wieczorne, kolacje.

- Kaplicę mamy w domu, więc jest też czas na adorację, na osobistą modlitwę - opowiada o zakonnej codzienności przełożona sióstr Imienia Jezus.